BAF MASTER - nowa formuła ekspercka z Dariusz Bareya


Bydgoska Akademia Fotografii rusza w najbliższym semestrze z nowym rozdziałem pod tytułem “BAF MASTER - nowa formuła ekspercka”.
http://www.baf.byd.pl/index.php?id=173&submenu=159
Będę miał zaszczyt lub przeszczyt poprowadzić zajęcia w “Pracowni fotografii ulicznej – street photo” - cokolwiek to oznacza i jednocześnie zachęcam do skorzystania z tej wyjątkowej oferty BAF’u, w której znajdziecie oprócz street photo inne atrakcyjne pracownie.
Będziemy się trzymać raczej “feature photography niż street photo, tłumaczonej w książce Kenneth Kobre na “fotografia rodzajowa: obrazy życia złapanego na gorąco.
Nie pokażę wam jak robić zdjęcia ani nie objawię wam żadnych wielkich prawd. Pokażę wam tylko jak ja osobiście zawiązuje sznorówki.
Będziemy dążyć jedynie do unicestwienia automatyzmu.
Moją wczoraj odkrytą metodą nauczania fotografii będzie "foto-koan". Uczeń staje przed problemem nie do rozwiązania konwencjonalnymi i intelektualnymi metodami i zmaga się z nim, dopóki nie podda się rozpaczy bądź oświeceniu.
Klasycznym przykładem takiej nauki (choć nie odnosi się ona fotografii a do samej nauki) jest polecenie aby uczeń skupił się na "dzwięku klaszczącej jednej dłoni".
Błędy, które będziemy razem popełniać będą prawie zawsze rzeczą świętą. Nigdy nie będziemy próbować ich naprawiać.
Co więcej: uzasadnimy je racjonalnie, starając się w pełni je zrozumieć.
A wtedy będziemy mógli je uszlachetnić.
Dylematy geometryczne jak złoty podział czy tęskne kierowanie wzroku ku faszyzmowi kanonu Polikleta prowadzą do utopii i nie sprzyjają erekcji. Zresztą, geometrom rzadko staje. Pamiętajcie o tym i sojrzcie na ten bezduszny posąg Doryforosa a zrozumiecie o czym mówię w trzy sekundy.
Za każdym razem zapewnię wam dzień rozkosznej udręki wywołanej pragnieniem tworzenia jeszcze piękniejszych i bardziej nadzwyczajnych rzeczy choćby były najbardziej przyziemne.
Jeśli jesteś przeciętny, nawet jeżeli usiłujesz fotografować bardzo, ale to bardzo źle, twoja przeciętność zostanie dostrzeżona.
Dlatego właśnie z lubością powtarzam, że Marcel Proust, posługując się swą masochistyczną introspekcją oraz uciekając się do analnego i sadystycznego obnażania społeczeństwa, zdołał przyrządzić coś w rodzaju zadziwiającej zupy rakowej — impresjonistycznej, superdelikatnej i niemal muzycznej. Brakuje w niej tylko raków, które mają to do siebie, że stanowią jej istotę.
Natomiast Ja, dzięki wszystkim najbardziej nawet nieuchwytnym esencjom i kwintesencjom własnych oraz cudzych ekshibicjonizmów, które zawsze się od siebie różnią, potrafię zaserwować wam na przepięknym talerzu, i to bez szczypty erudycji, ni mniej ni więcej tylko autentycznego raka w bulionie - konkretnego, lśniącego, mającego człony niczym prawdziwie jadalny pancerz rzeczywistości, jakim faktycznie jest.
Proustowi z raka udaje się tworzyć muzykę, Ja zaś z muzyki potrafi wyczarować raka.
Dziękuje Markowi Noniewiczowi za polecenie mojej skromnej osoby na tak odpowiedzialne stanowisko.

Komentarze