niedziela, 23 czerwca 2013

Arcydzieło tkane światłocieniem - Jeanloup Sieff


Na początku był album.
Pamiętam, że rzuciłem tylko spojrzenie na nieznane mi nazwisko i zacząłem oglądać.
To były czarno-białe fotografie nieznanego mi francuskiego fotografa.
Były idealne.




Nazwisko znikło z mej pamięci, tak samo, jak nie wiadomo komu, pożyczony album.
Nie mogłem sobie przypomnieć tego nazwiska przez długie lata.
Ale jak można sobie przypomnieć nazwisko Jeanloup Sieff?
Avedon, Horowitz, ale nie Żan_lu_zif.
Nawet nie przeczytałem tego albumu, bo wpadłem jak Alicja do króliczej nory.
Podążyłem za królikiem w krainę złotego podziału światła.
Tak właśnie pomyślałem, oglądając fotografię Jeanloup Sieff’a, którego nazwisko przez przypadek w końcu odnalazłem.







Złoty podział światła - idealnie wyważona proporcja bieli do czerni, czerni do bieli. Perfekcyjny  balans skali szarości, wystudiowana precyzja, zaplanowana przypadkowość, brak przypadkowych elementów. Złoty podział światła, intuicyjny i jednocześnie świadomy.
Fotografia ulepiona z doskonałych cząstek tworzących „jednię”.
Nigdy nie potrafiłem i nie zdołam, ubrać w słowa, wrażeń, jakie odczuwałem patrząc na fotografie Jeanloup Sieff’a.

Nie widziałem na tych fotografiach długonogich kobiet, kształtnych pośladków, do których autor miał własny, jakże oryginalny stosunek:
…to część ciała najbardziej chroniona, ukryta, która zachowuje tę dziecinną niewinność, które już od dawna utraciły oczy i ręce.
Jest to też część ciała najbardziej niepokojąca plastycznie, dająca odczucie krągłości, obiecująca.
To właśnie ta część ciała wspomina, zwrócona jest w przeszłość.
Kiedy my gnamy nieubłaganie do przodu, ona spogląda na przebytą drogę, jak dziecko, z okna samochodu, zapatrzone w uciekający krajobraz i nie myśląc o celu podróży.






Pośladki są tak różne jak różni są ludzie. Są tyłki czysto funkcjonalne, które służą wyłącznie do siedzenia i do robienia "kaku", nie są ciekawe, zbytnio przypominają twarze swych właścicieli, inne są zwyczajne, obojętne seksualnie, krótko mówiąc nudne.
Wreszcie są to dzieła sztuki, eleganckie, arystokratyczne, wykraczają poza swoją funkcję, sublimują ją, są dziełem sztuki, arcydziełem,  cudem natury.
Są to sklepienia romańskie cielesnej architektury, które pozwalają odzyskać pierwotną wiarę w kobietę stworzoną na obraz i podobieństwo boże.
To właśnie je lubię fotografować, żeby utrwalić ich cudowne krzywizny, póki czas ich nie zniszczy.
Z uwagi na swą niepowtarzalność, zasługują na to, żeby nie być odbytem.












Nie widziałem na tych zdjęciach sławnych postaci, ukrytych często za głębią cienia, pomieszczeń opustoszałych, opuszczonych, oprócz samotnie pozostałej tam postaci, leżącej na zimnym łóżku lub wpatrująca się w pustkę okna, przez które wpada chwila.
Widziałem tylko abstrakcyjne arcydzieło, tkane światłocieniem.

Powtórzył bym za Jeanloup’em: „Nie wieże w Boga ale kobiety i drzewa dowodzą jego istnienia”.
Fotografia, niestety, nigdy nie odda wiernie rodzącego się uczucia ale choć tak nie doskonała, pozostaje naiwną próbą wyrwania się z rąk śmierci.


Jeanloup Sieff  zatrzymuje czas na ulotnym spojrzeniu, nagłym olśnieniu, szczęśliwej chwili, które odchodzą bezpowrotnie ale na fotografii będą istnieć, jak zgasłe przed tysiącami lat gwiazdy, których światło dociera teraz, do nas, żeby powiedzieć nam, czym były.
Wyglądające na przypadkowo uchwycone kadry, są fotografie Jeanloup Sieff’a wystudiowane i przemyślane, poprzedza je rozmowa z modelem, modelka śmieje się pokazując na czoło: mam tutaj pryszcza. Makijaż…
…i znowu rozmowa: powoli skręcaj ramiona, poczuj jakby z boku, z jakiegoś okna, wiał w twoim kierunku, chłodny wiatr. Patrz na mnie.










O 8.00 wybiega na śniadanie.
Cały świat należy do niego.
Wszystko jest proste, oczywiste, jasne.
W niespełna godzinę pisze w myślach wszystkie swoje książki, robi wszystkie zdjęcia, odbywa podróże, o których marzy, wymyśla scenariusze filmów, rozpowszechnia je, znajduje pieniądze na ich realizacje, wymyśla tematy tuzina kampanii reklamowych, które nie są wcale takie złe, serie książek  tanich i ładnie wydanych, inteligentny i piękny „przegląd fotograficzny”.
Krótko mówiąc o 9.00 wszystko jest załatwione, zakończone, sprzedane i schowane do kieszeni.
Biegiem wraca do domu z głową wypełnioną pomysłami, podniecony, rozentuzjazmowany.
Pokonuje trzy piętra przeskakując stopnie, uderzeniem ramienia otwiera drzwi, żeby nie tracić cennego czasu i nagle zmęczony, zaspany z pustą głową niczego już sobie nie przypomina, zwala się na fotel w biurze z obłędnym wzrokiem, blady, ogłupiały, jest dziesięć  po dziesiątej - zaczyna się dzień.








Fotografuje na sposób amerykańskiej szkoły dokumentalnej, jego fotografie cechuje oryginalność spojrzenia, humor, poetycki liryzm.
Nawet jako fotograf wielkich magazynów mody, nasycał swoje prace, właściwym dla siebie stylem, niezwykłym kątem widzenia, dziwaczną perspektywą.
Jego pejzaże są smutne a kobiety znużone, tylko światło, wnosi element szczególnego napięcia, dramatu.
Przy fotografowaniu postaci, rodzi się więź, fizyczna bliskość, spojrzenie w oczy, zapach ciała, emocje, które rodzą się, między oglądającym fotografię.
Dobre zdjęcie, żyje własnym życiem.
To tak jakbyś otworzył okno i oglądał przez nie jakiś krajobraz.
Duchamp mówił, że widza uważa za współautora na równi ze sobą, dzięki wzruszeniom jakie wnosił oglądający.



Trudno w to uwierzyć ale Jeanloup Sieff  używał jednego źródła światła.
W naturze występuje tylko jedno światło – światło słoneczne – zwykł mawiać.
En trois quatre – 3/4 – głowa leciutko pochylona, skręcona, przekrzywiona.

Na pytanie dlaczego używa fotografii czarno białej, odpowiadał w pięciu punktach, z pięciu powodów.
Po pierwsze jestem troszeczkę daltonistą.
Po drugie, mam w nosie kolor.
Po trzecie, za zdjęcia czarno białe, ja jestem wyłącznie odpowiedzialny.
Jestem odpowiedzialny za rezultat.
O kolorze decyduje laboratorium.
Kolor, dla mnie, to tylko ciekawostka, która tylko przeszkadza.
Choć uwielbiam Paula Klee, który jest tak kolorowy.
Ale w fotografii czarno-białej mogę uchwycić rzeczy ważne, istotne.
Piąty powód to cytat Alberto Morawii, zapożyczony przez Wima Wendersa do jego filmu.
"Żyjemy w kolorowym świecie ale czerń i biel są bardziej realistyczne".





Fotografia jest dla mnie żalem za przemijającą czasem, potrzebą uchwycenia chwili.
Nie jest ono ani szalonym pragnieniem zatrzymania czasu ani naiwnym przekonaniem, że fotografia będzie nieśmiertelnym zapisem tego co było.
Jest materializacją pewnych wzruszeń w określonej chwili.
Są wzruszenia formalne złożone ze światła i z przestrzeni, sentymentalne lub zmysłowe zależne od ludzi, inne znów czysto intelektualne. 

Fotografia może je wszystkie zjednoczyć a następnie stworzyć nowe.
Istnieją ludzie, którzy żyją patrząc przed siebie, inni żyją wyłącznie przeszłością.
Ja należę do tych, którzy lubią spoglądać wstecz, wspominać, nie uprawiam fotografii aby żyć per procura.
Przyjemność fotografowania to coś innego.
Fotografowanie pejzażu nie zastąpi ani zapachu wiatru ani fizycznej potrzeby znajdowania się w określonej przestrzeni.
Ale w zależności od przypadku czuję przyjemność płynącą z rekonstrukcji przestrzeni takiej, jaką widzę,  a jednocześnie innej, odbiegającej od kompozycji w którą się wpisuje i chwili, którą wybieram.







Ale dlaczego uprawiam fotografię, nadal nie jestem w stanie tego zrozumieć.
Spadło to na mnie pewnego dnia, miałem wtedy 15 lat i już mnie nie opuściło.



Naturalnie, niektóre fotografie, zrobiłem ze względów finansowych.
Ale ku memu zdziwieniu, fotografia, stała się moim zawodem.
Spełniałem oczekiwania zleceniodawców, nie zawsze spełniając swoje własne, ale taki jest los wszystkich fotografików, którzy czasem robiąc na zamówienie, mogą częściowo, odnaleźć siebie. 
Ale pominąwszy te zdjęcia, jaki jest wspólny mianownik wszystkich  pozostałych?
Jest nim potrzeba.
Fotografia jest dla mnie potrzebą fizyczną. Rzadko ją odczuwam, ale kiedy patrzę na niektóre fotogramy staje się cud.
Wszystko jest harmonią między tym co chciałem pokazać a zastosowanymi środkami, ekspresji, jakością plastyczną, organizacją form przestrzennych, oświetleniem, wyborem chwili.
Dobre fotografie są rzadkie i trudne do zdefiniowania ale wszystkie mają wspólną cechę: wykraczają poza swoje ramy, są czymś więcej niż mogły być. 
Mają własną melodię.


Krótko mówiąc: są niemal cudowne.
Nie lubię fotografii pedagogicznej, nie staram się wyjaśniać, ani czegokolwiek pokazywać, staram się co najwyżej czuć.
Nie lubię pedagogów - nudzą mnie. Uważają, że wiedzą tego, czego nikt nie wie.
Udają wzruszenia, których nie są w stanie doznać, wygłaszając pewniki, które przydają im pewności siebie.
Kocham szaleńców, poetów, tych twórców którzy rzucają światło na świat przez innych niedostrzegane.
Robienie portretu polega najczęściej na przedstawieniu twarzy lub popiersia w swojskim lub neutralnym otoczeniu, twarz jest częścią ciała najbardziej wyeksponowaną, najbardziej widoczną, najbardziej wykorzystywana w życiu społecznym.
Twarz stała się fałszywą maską, która może wyrażać wszystko co się chce, która może być roześmiana kiedy człowiek jest smutny wyrażać zainteresowanie kiedy umiera się z nudy , może być kamienna kiedy ponoszą nas emocje. 


















Jeanloup Sieff  urodził się 30 listopada 1933 w Paryżu. Jego rodzice byli Polakami. Zainteresował się fotografią w wieku 15 lat, kiedy na urodziny dostał swój pierwszy aparat fotograficzny – Photax.
Wakacje spędził wtedy z rodzicami w Zakopanem.
W 1953 r. zaczął studiować w Vaugirard School of Photography in Paris, później przeniósł się do Vevey School in Switzerland by od 1954 r. pracować jako fotoreporter. Krótko interesował się kinem.
Od 1956 r. pracuje jako fotograf reklamowy a od 1958 r. przyłącza się do agencji Magnum i podróżuje po Włoszech, Polsce, Grecji i Turcji.
W 1960 r. osiada w Nowym Jorku, pracuje dla magazynów Esquire, Glamour, Vogue i Harper’s Bazaar. W Ameryce staje się niezwykle popularny.
Zdobył wiele nagród, z których najważniejsze to: Prix Niepce, Chevalier des Arts et Lettres in Paris in 1981, Grand Prix National de la Photographie in 1992.
Fotografował zwykłych ludzi, modelki i celebrytów: Jane Birkin, Yves Montand, Alfred Hitchcock, Jacques-Henri Lartigue, Yves Saint-Laurent, Rudolf Nureyev...
Zmarł w Paryżu 20 września 2000 r. w wieku 66 lat.


2 komentarze:

  1. niezwykle interesujące i fotografie i podejście autora zdjęć oraz posta ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niezwykle dziękuję za ten komentarz i wizytę w tych skromnych progach. Dzięki i pozdrawiam

      Usuń