niedziela, 30 sierpnia 2015

Dariusz Bareya in Vieworld magazine





 Mój cykl "Mystery of the Death Valley" w magazynie ViEWORLD
Ze względu na małą pomyłkę edytorską przytaczam tekst z Vieworld w pełnej wersji.
http://vieworld.pl/mag/13/
http://issuu.com/vieworld/docs/13_august_2015

Dariusz Bareya pochodzi z Nowej Sóli. Rocznik 1967.
Od 10 lat mieszka w Bydgoszczy.
Laureat DEBUTS 2015. Niedoszły perkusista i malarz.
Z zawodu jest grafikiem (serigrafia).
Absolwent Liceum Plastycznego w Zielonej Górze i akademii Sztuk Pięknych w Toruniu.
Fotografuje od kwietnia 2013 roku, spontanicznie, bez planu.
Przypadek i chaos to poduszka, na której chętnie kładę głowę.
Zaczynałem od zdjęć "ulicy", która jest znakomitym poligonem doświadczalnym dla fotografika i portretów ludzi bezdomnych i wykluczonych choć nigdy nie nazwałem żadnego z nich w ten sposób.
Fotografuje „ludzi” nie wnikając w etykietki. Cykl ten nazwałem “Humans light and shadows”.
Nie intelektualizuje tego co robię i nie szyję żadnych teorii na żadną miarę.
Cykl, który prezentuje pt. "W ogrodzie dobra i zła" równie dobrze mógłby się nazywać „Cyrk w ogrodzie dobra i zła, "Jak na wietrze dym" lub "Blisko".
To tyle na temat "zjawiska", któremu na imię wiara/religia... na swój wyjątkowy sposób bardzo mnie fascynuje.
Złudzenie/iluzja, której ulega większość ludzi (wnosząc ze statystyk) z zasady musi być zagadkowa i fascynująca zważywszy na nadmiarowy aspekt zła wyrządzanego w imię dobra lub odwrotnie.
Tak ważne pytanie, zadawane sobie przez fotografików: dlaczego fotografuje, dlaczego chce "to coś" sfotografowawać zatrzymuje się na - być może - moim bezdusznym murze obojętności wobec takich pytań.
Wychodzę z założenia, które wypowiedział Henri Matisse: że jeśli artysta ma dużo do powiedzenia to znaczy, że nie ma nic do powiedzenia.
Dodam, że nie czuję się również artystą - nie rozumiem tego słowa.
Unikam dysput i ludzi, którzy nazywają siebie artystami.
Zbyt krótko "param" się fotografią - "medium", które jak słusznie zauważyła Susan Sontag, nie ma swej istoty - jak na przykład rzeźba czy malarstwo abym zabierał głos w tej sprawie.
Z racji swojego artystycznego wykształcenia zdaję sobie sprawę, czym jest kompozycja, złoty podział, mocne punkty w obrazie, plany etc. Wiedza podręcznikowa nie jest mi obca.
Możliwe, że to pomaga mi w robieniu lepszych zdjęć - cokolwiek to oznacza.
Akademickie podejście charakterystyczne dla wielu mędrców fotografii, z gruntu pretensjonalne, może i sprawdza się statystycznie w równej mierze jak jak ilość ludzi wiary/religii wobec bezskutecznego i gremialnego czynieniu "świata" lepszym.
Odpowiednio elokwentny fotograf potrafiłby z nieintelektualizowania tego co robi uczynić filozoficzny traktat ale daleki jestem od tego typu paraboli.
Rozumiem ludzką potrzebę wyjaśniania - "co autor chiał powiedzieć" przez swoją fotografię, malarstwo czy rzeźbę.
Niestety większość tych filozoficznych wynaturzeń - w trosce o obiektywną lub subiektywną prawdę fotografii, kończy na intelektualnym śmietniku, powodującym bezustanną nadmiarowość, której nie jestem w stanie sprostać ani jej trawić.

4 komentarze: